Kilka dni temu minął pierwszy rok, od kiedy zajmuję się szyciem biżuterii w technice haftu soutache. Szyłam od zawsze, od kiedy pamiętam moim ulubionym zajęciem było cięcie materiału i zszywanie go wedle własnej fantazji, a przyznać trzeba, że tej ostatniej nigdy mi nie brakowało.
Najpierw były ubranka dla lalek - wiadomo, potem przeróbki ubrań dla siebie, w końcu pierwsze nieudolne projekty własnych. Jednak czułam, że to nie to, co chciałabym robić.
Szyłam dalej, szukając eksperymentując... Pierwsza była faza wstążkowa - oddając się modzie na karczochowe twory końcówka roku 2012 zaobfitowała bombkami, choinkami, wianuszkami i czym tylko się dało, dom przypominał pasmanterię. Później przyszedł czas na filc - wymyślałam różne formy - zabawki dla córki, potworki, etui wszelkiej maści na wszystko, jednak dalej to nie było to. Szukałam pomysłu na swoją twórczość przez cały 2013 rok, aż u jego schyłku, mówiąc najprościej, ,,wzięło mnie,, na koraliki i sznurki. Zaczynałam od prostych wzorów schamballi, coś zmieniałam, kombinowałam. Koralikowe bransoletki wyparły filc i tasiemki, które musiały potulnie wyprowadzić się do kartonowych pudeł w zacisznym miejscu, a po domu zaczęły rozpełzać się koraliki. Nie nosząc na codzień okularów, przemieszczałam się w moim koralikowym świecie nie dostrzegając wszędobylskich maleńkich akrylowych form, jednak podczas odkurzania ścierałam się z brutalną rzeczywistością odkurzacza z hukiem zasysającego moje skarby w czeluściach swojej ssącej rury. Dni mijały, a ja pomiędzy poszukiwaniem źródła zatrudnienia, a pracą nad własną sylwetką oddawałam się mojej pasji coraz mocniej i mocnej.
Koralików wszelkiej maści przybywało. Zaczęło się niewinnie - od ekscytownaia się akrylowymi wytworami z dalekiego Wschodu... Hmmm... Obecnie moje fascynacje są na etapie szkła i kamieni naturalnych, więc zakres geograficzny fascynacji zmienił się diametralnie, ale o tym później. Kupowałam, kupowałam... Przybywało koralików i sznurków, aż któregoś dnia, szukając sposobu na zabicie negatywnych myśli, których za wiele nazbierało w owym czasie się z tyłu głowy, natrafiłam na soutache. Ależ mi to wpadło w oko! Wtedy nie wiedziałam nawet czyta się to dziwne słowo na "s", jak to się w ogole robi, ale od razu zrozumiałam jedno - że to jest właśnie to, co chcę szyć. Dokładnie to i nic innego!
Pierwsze próby sutaszowe rozpoczęłam w wigilię święta Wszystkich Świętych ze sznurkiem (w ogóle nie przeznaczonym do sutaszu) w ręce i stosem krzywych koralików. Wyciągnęłam straszliwy okrągły w przekroju sznurek gorsetowy, koraliki i oczy mi zabłysły :) I tak to się wszystko zaczęło.
Jednego z pierwszych potworków, które wówczas stworzyłam, zostawiłam sobie na pamiątkę - leży teraz w mojej pracowni - śmieszy i straszy zarazem przypominając mi czas, kiedy powstał. Tylko rok i aż rok minął od chwili, gdy go stworzyłam. Niebawem planuję na mojej stronie stworzyć bilans tego, co udało mi się uszyć w ciągu 365 dni tworzenia, ale póki co muszę wszystko ogarnąć, zaplanować. Przede wszystkim chcę pokazać moje pierwsze prace, a co tam - lubię śmiać się z siebie :)